Portugalia w cztery dni- Lizbona, Estoril i Sintra

Po roku mieszkania w zimnej Islandii nasze zmarznięte, zmęczone, skąpane bladością ciała domagały się choć chwili odpoczynku i odrobiny słońca. Jako, że w Polsce majówka nie rozpieściła nas dostatecznie przyjemną pogodą, należało obrać inny kierunek ku cieple, relaksie i słońcu. Lizbonę potraktowaliśmy zupełnie na luzie. Bez żadnych planów i konkretnych oczekiwań, spakowaliśmy plecaki i wyruszyliśmy na kilkudniowy wypad. Jedyne, co nas interesowało to temperatura. Po szybkim riserczu portali pogodowych stwierdziliśmy – jedziemy. Lizbona powitała nas ponad trzydziestoma stopniami z prognozą na delikatne ochłodzenie w następnych dniach. Była to dobra wiadomość, bo mimo tęsknoty za latem, nie przepadam za skwarem, tym bardziej w mieście.

Po opóźnionym locie i nocnym lądowaniu w planach mieliśmy się przede wszystkim wyspać. Wynajęliśmy prywatny apartament, który jednocześnie był blisko centrum, a zarazem w bardzo cichej, spokojnej okolicy. Tym razem odpuściliśmy sobie hotele ze względu na horrendalne ceny – polecam Wam więc od razu szukanie tańszych miejscówek na AirBnB lub ulokowanie się na przedmieściach Lizbony z dobrą komunikacją do centrum.

Lizbona to przepiękne, pełne atrakcji i uroków miasto, które aż prosi się o zwiedzanie go pieszo. Niestety także i bardzo górzyste. Odpuście sobie klapki na rzecz lekkich butów sportowych lub wygodnych sandałów. Ważne, żeby obuwie miało porządną podeszwę, inaczej jak ja będziecie wykręcać stópki na uroczych brukowych kosteczkach, które pokrywają niemal wszystkie ścieżki miasta. Dodatkowo, kostki są gęsto położone i bardzo wyślizgane, nie raz byliśmy świadkami, gdy ktoś o mało nie wywinął na nich orła. Daleka jestem od tego, by mówić Wam jak macie się ubrać, jak dla mnie w Lizbonie najmniejszy spacer to niezły hiking, więc warto pamiętać o wygodzie, by podczas wyjazdu nie płakać po odciskach, odparzeniach, czy obtartych piętkach 😁

Jeśli nie macie napiętego planu zwiedzania i zamiaru odhaczenia wszystkich muzeów i pomników, cztery dni w samej Lizbonie to zdecydowanie wystarczający czas. Warto skorzystać ze świetnej infrastruktury i połączeń komunikacji i poszerzyć wypad o fajniejsze, pozamiejskie tereny. Za kilka euro możecie pojechać do pobliskich miasteczek z pięknymi plażami – my wybraliśmy plażę Tamariz w Estoril, do której zawozi Was pociąg z dworca Cais do Sodre. Podróż trwa około trzydziestu minut i z pociągu wychodzi się bezpośrednio na plażę. Tamariz to niewielka, bardzo zadbana plaża z pięknymi widokami na uroczy zameczek i panoramę miasta. Woda jest bardzo czysta, jednak jej niska temperatura oraz silne fale nie pozwoliły nam na kąpiel. Estoril to miasteczko będące częścią gminy popularnego Cascais. Miasta łączy przyjemna ścieżka spacerowa, którą można pokonać pieszo w trzydzieści minut. Osobiście bardzo żałuję, że nie wybraliśmy się do samego Cascais, gdybym drugi raz planowała ten wypad, z pewnością zdecydowałabym się na rozpoczęcie zwiedzania właśnie tam i późniejszy spacer promenadą do Estoril. Przy większej ilości czasu myślę, że warto byłoby się zatrzymać na kilka nocy w samym Cascais i pozwiedzać okoliczne miasteczka, a przede wszystkim piękne kurorty i plaże. Pomyślcie o tym planując swoją wizytę w Portugalii! 🙂

plaża Tamariz, Estoril

Zachęcani rekomendacjami znajomych, kolejnego dnia wyruszyliśmy do Sintry – historycznego starego miasta portugalskich władców. Sprawnie i szybko dostaliśmy się tam z dworca Lisboa Rossio, podróż trwała około czterdzieści minut i kosztowała nas 5 euro w obie strony za osobę. Sintrę można zwiedzać na wiele sposobów, jednak obiekt jest na tyle duży, że nie wystarczy jeden dzień, by zobaczyć wszystkie atrakcje. Jeśli zależy Wam na dokładnym zwiedzaniu Sintry oraz na dotarciu do każdego pałacu, zamku, czy muzeum, polecam Wam dłuższy pobyt oraz wcześniejsze zaplanowanie trasy, w czym pomogą Wam internetowe przewodniki. W Sintrze warto być jak najwcześniej, by zobaczyć jak najwięcej, jednak mimo, że sama lubię chodzić, nie zachęcam do pieszego zwiedzania – droga jest stroma, kręta i zapchana samochodami i autokarami. Na miejscu zaoferują Wam wiele różnorakich form dojazdu do atrakcji, jednak musicie wiedzieć, że większość opcji jest przereklamowana i nie warta swojej ceny. Uważajcie na naciągaczy, pytajcie dokładnie co i za jaką kwotę zobaczycie, inaczej zedrą z Was eurasy w zamian nie pokazując nic nadzwyczajnego. My, po małej, niezadowalającej i przedrożonej objazdówce udaliśmy się do rezydencji Quinta de Ragaleira – największej atrakcji Sintry wpisanej na listę Światowego Dziedzictwa Unesco. Za wejście płaci się osiem euro i nie jest to wygórowana cena za to, co Wam to miejsce zaoferuje. Kompleks składa się z romantycznego pałacu, kaplicy oraz rozległego parku pełnego tajemniczych przejść, grot i fontann. Jeśli traficie na dobrą pogodę, zwiedzanie tego terenu jest bardzo przyjemne i odprężające. Z powodu sporych tłumów i ogólnego chaosu w całej Sintrze, nie jestem pewna, czy chciałabym tam wrócić, by zwiedzić cały obiekt. Teraz już wiem, że mając jeden dzień, wyprawa do ogrodów Quinta de Ragaleira była jak na nasze potrzeby wystarczająca. Jeśli również zdecydujecie się tylko na tę atrakcję, polecam piętnastominutowy spacer prosto z dworca kolejowego i unikanie wygórowanych cenowo ofert podwózek.

Sintra
Sintra
Quinta de Ragaleira, Sintra
Quinta de Ragaleira, Sintra

Niewiele powiem Wam o portugalskiej kuchni, bo tradycyjnie obfituje ona w mięso i owoce morza, jednak wśród wegetariańskich restauracji nie było żadnej, która by nas zawiodła, a wręcz każda zaskakiwała nas czymś nowym i niezwykle smakowitym. Dobrą nowiną dla wegetarian jest to, że Lizbona pełna jest nie tylko zdrowo gotujących bistro, czy barów, ale także bardziej wyszukanych restauracji, serwujących dania bezmięsne. Na miejskich straganach można zaopatrzyć się w aromatyczne przyprawy, słodkości, orzechy i przepyszne sery. Roi się tam od tzw. pastelarii, zachęcających od wejścia zapachem i wyglądem tradycyjnych, portugalskich wypieków i ciast. To tam lokalsi od rana pędzą na śniadanie, a w ciągu dnia relaksują się przy filiżance kawy i słodkościach. To coś, czego zawsze będę zazdrościła południowcom – kultury jedzenia, picia kawy, braku pośpiechu i umiejętności spędzania wolnego czasu na świeżym powietrzu. Portugalczycy wydają być się zrelaksowanym narodem, według mnie także i nieco zobojętniałym. Nie spotkaliśmy się z żadną niechęcią, czy wrogością, ale także przesadną otwartością. W centrum Lizbony bez problemu dogadacie się w języku angielskim, jednak oddalając się od niego o kilka minut może być już problem. W bardziej oddalonych uliczkach restauracje nie tłumaczą już menu, knajpy okupują głównie miejscowi, a w sklepikach sprzedają uroczy starsi dziadziusie i babcie, którzy spieszą z pomocą zagadując po portugalsku i pisząc ceny na karteczkach 🙂 Nie bójcie się także łapać taksówek, o dziwo w Lizbonie są one stosunkowo tanie. Z miejscowych opowieści wiemy, że taksówkarze zarabiają bardzo niewiele, dlatego miłym gestem będzie zawsze pozostawienie kierowcy napiwku. Mimo, że nie należą oni do najbardziej  rozmownych, z pewnością usłyszycie z ich ust wdzięczne „obrigado”.  To tyle ode mnie, jeśli chodzi o krótkie, ale jakże owocne wakacje w Portugalii. Lizbona będzie póki co moim jednym z ulubionych, europejskich miast. Was zachęcam do jej odwiedzenia, a sama snuję już plany na ponowną, tym razem dłuższą wizytę.

Cześć!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *