Dlaczego postanowienia noworoczne są bez sensu

Skończył się styczeń – miesiąc pełen obietnic bez pokrycia i szukania nowej wersji siebie. Zbombardowani modą na zmiany zwykli wyjadacze chleba kupują buty do biegania, matę do jogi, lodówki wypełniają chia i ostentacyjnie żegnają się z „ostatnią” paczką czipsów. Od lat, tuż przed końcem roku, sama zastanawiam się, co mogłabym w sobie zmienić lub udoskonalić. Ale czy poddawanie się tej corocznej psychologii tłumu i uleganie emocjonalnym zrywom ma jakikolwiek sens?

Co roku jest to samo. O tym, że powinniśmy się zmieniać krzyczą media i znane osobistości. Atakowani obrazem pozornie idealnego życia wyobrażamy sobie, jacy już wkrótce możemy być fit, ile powinniśmy przeczytać książek, jakie nałogi musimy porzucić. Wraz z nowym rokiem dostajemy białą kartkę, którą tym razem zapisać możemy zupełnie inaczej. Skoro innym się udało, to mi też może.

Postanowienia mogą być różnego rodzaju i rozmiaru. Jedni rzucają palenie, inni alkohol, a jeszcze inni zrzucają wagę. Każdy z nas ma swoje wrażliwe punkty, zmaga się z pewnymi słabościami, walczy z nałogami.
Moje postanowienia noworoczne, chyba jak u większości kobiet, zwykle obracają się w temacie zmiany odżywiania i zwiększenia aktywności fizycznej. Nie pamiętam, kiedy ostatnio w Nowy Rok wchodziłam bez planów trzymania michy i rozpisywania treningów. I zawsze to samo zarzekanie się, że tym razem nie odpuszczam. Początki są zwykle obiecujące – regularne ćwiczenia, zdrowe gotowanie, z dnia na dzień motywacja rośnie. I mimo, że czuję, że to wszystko takie na siłę, że zaraz wymięknę, nie dopuszczam myśli o porażce. Do czasu. Aż nie pojawią się losowe wypadki, zmęczenie codziennymi obowiązkami, pracą. Aż nagłe zdarzenie nie wybije mnie z rutyny i nie rozwali porządku spraw. Aż nie pozwolę sobie na zasłużony cheat day i nie spałaszuję pizzy przy ulubionym serialu na Netflixie. I aż nie stwierdzę, że z dietą mi nie po drodze i nie będę się dłużej torturować.

No właśnie, TORTUROWAĆ. Bo jeśli nie przestanę myśleć w tych kategoriach, nigdy nie osiągnę sukcesu. Jeśli tylko uświadomię sobie, że się do czegoś zmuszam, robię wbrew sobie, każdą próbę zakończę fiaskiem. Bez względu, czy będę chciała zgubić kilogramy, czy ograniczyć picie kawy, czy w miesiąc nauczyć się nowego języka. To wszystko na nic, bo chcę za szybko, za dużo, na już. Bo wkrótce i tak przerosną mnie oczekiwania, bo wymagam od siebie zbyt wiele, bo znowu daję się ponieść modzie.

Nie ma się co oszukiwać. Większość naszych postanowień jest nie do zrealizowania. A to dlatego, że gdy powoli gaśnie zapał, brakuje nam konsekwencji i siły, które miałaby go podtrzymać. Kiedy coś idzie nie po naszej myśli, łatwo się poddajemy i rezygnujemy. Zamiast wyczekiwanego efektu dostajemy bolesnego kopa, potwierdzając tylko naszą bezsilność i niedoskonałość.

A może by tak w końcu przestać podążać za byciem idealnym i odejść od realizacji niewykonalnych planów? Absolutnie nie twierdzę, że zmiany są złe. Jednak nie uważasz, że jeśli naprawdę chcesz coś w sobie zmienić, powinieneś zacząć już dziś, a nie z datą pierwszego stycznia? A może zastąpić cierpiętnictwo i głodówki na stopniową zmianę złych nawyków. Krok po kroku ocenić własne możliwości, rozpoznać limity, zmienić myślenie. Nie podążać ślepo za tłumem i nie dawać się rozliczać z własnych błędów. Zaakceptować siebie i swoje słabe strony i uświadomić, czy faktycznie chcemy z nimi walczyć. Jak najbardziej, odkrywajmy nowych siebie, przełamujmy trudności. Nie róbmy jednak tego, bo nam każą, bo nas porównują i oceniają. Spokojnie, świadomie, nie wszystko na raz i nie natychmiast. Nie z początkiem nowego roku, ale kiedy nadejdzie potrzeba. Niby piszę to do Was, ale jednak trochę bardziej do siebie. Licząc, kolejny rok rozpocznę inaczej niż poprzednie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *