Bangkok w pięć dni – mój osobisty plan zwiedzania

Dla wynagrodzenia sobie zimnego, islandzkiego lata, zdecydowaliśmy się na naszą pierwszą podróż do Azji. I pomimo, że za główny kierunek obraliśmy Wietnam, nie omieszkaliśmy na moment zatrzymać się w najgorętszej stolicy świata – Bangkoku. W tym gorącym, pełnym wrażeń mieście spędziliśmy w czasie całej naszej podróży pięć dni.

Bangkok o świcie

Jeśli szukacie dokładnej trasy zwiedzania lub profesjonalnie opracowanego przewodnika po mieście, to zaręczam, że tu go nie znajdziecie. Nie powiem Wam także, co koniecznie trzeba zobaczyć, a co kategorycznie odpuścić, bo uważam, że każdy oczekuje od podróży czego innego i warto, by własny pogląd wyrabiał na przeżytych doświadczeniach. Nasz styl zwiedzania jest zwykle spontaniczny, trasę planujemy tego samego dnia, a w trakcie często ją zmieniamy zapuszczając się w boczne uliczki, czy pozbawione turystycznych tłumów okolice. Z jednej strony wybieramy się do najważniejszych punktów, podziwiamy popularne zabytki, jednak z drugiej – potrafimy pół dnia spędzić w zacisznej restauracji, rozkoszując się widokami i lokalnym jedzeniem. Dla nas poznanie danego miejsca, jego kultury i obyczajów nie oznacza odhaczanie listy „must see”, czy wnikliwe śledzenie trasy doświadczonych podróżników, a często zwykłe spacerowanie po mieście, pójście do zapuszczonego klubu, czy rozmowa z mieszkańcami.

Nie musiałam długo się zastanawiać, aby dojść do wniosku, że kilkudniowy pobyt w samej stolicy jest według mnie wystarczający. Bangkok ma do zaoferowania bardzo dużo i można penetrować go zapewne tygodniami, jednak z uwagi na miejski zgiełk, hałas i nawet na chwilę nie gasnący temperament może stać się zwyczajnie męczący. W połączeniu z bardzo wysoką temperaturą oraz wilgotnością, najmniejsze wyjście „w miasto” zamienia się w naprawdę intensywny wysiłek fizyczny. W takim wypadku, zwiedzanie stolicy dobrze połączyć z jedno lub kilkudniowym wypadem na którąś z pięknych tajskich wysp, co również uczyniliśmy, uciekając akurat na najbliższą nam, koralową plażę Koh Larn.

To, co samoistnie zaoferuje Wam po przyjeździe Bangkok, to udział w jego szalonym, często budzącym wiele kontrowersji życiu. To od Was zależy, w jaki sposób z tej oferty skorzystacie 🙂 W ciągu dnia miasto tętni życiem, jednak stolica zachwyciła nas szczególnie po zmroku. Swoje przechadzki zaczynaliśmy zwykle po godzinie osiemnastej, kiedy słońce chowało się za horyzontem. Z przyjemnością patrzyliśmy na rozświetlone neonami ulice, po których jak przecinaki pędziły skutery i udekorowane kolorowymi lampkami tuk tuki. Na pełnych obrotach działają wówczas stoiska z lokalnymi przysmakami i nocne targi, na których znajdzie się przysłowiowe „mydło i powidło”.

Jak przystało na nas bardzo dużo chodziliśmy pieszo, dopiero gdy mieliśmy do pokonania naprawdę spory kawałek drogi, decydowaliśmy się na taksówkę lub Graba (odpowiednika europejskiego Ubera). Do każdego miejsca dojechać można także wspomnianym tuk – tukiem. My zdecydowaliśmy się na przejażdżkę raz, bo jest to swego rodzaju rzecz, z której Bangkok słynie. Kierowcy jednak liczą sobie za przejażdżkę dużo więcej niż zwykłe taksówki i niekiedy trzeba sporo energii by wynegocjować zadowalającą dla siebie cenę.

Nie jest tajemnicą, że Bangkok słynie także z bogatej oferty imprezowej i nie mówię tu o zwykłym wyjściu do klubu na piwo lub drinka. Nie trudno tu o zaproszenie od naganiaczy na tajemnicze pokazy, występy, czy masaże, szczególnie jeśli jesteś turystą z Europy. Niektórzy twierdzą, że bez spróbowania udziału w kontrowersyjnych show, ich doświadczenie Bangkoku będzie niepełne. My uważamy to za absurd i skutecznie uciekamy od takich wrażeń, bo znamy przypadki, kiedy zamiar dobrej zabawy zamienia się w smutne do oglądania, niesmaczne widowisko. To jednak kwestia wyboru każdego z nas, sami decydujemy, jakiego rodzaju rozrywka nas interesuje i jakie wspomnienia chcemy zachować po powrocie do rzeczywistości.

Jeżeli tak jak ja, uwielbiacie wielkomiejski klimat, do gustu może Wam przypaść spacer po Siam – zakupowej dzielnicy Bangkoku w dystrykcie Pathum Wan. Miejsce to różni się wizualnie od pozostałych ulic miasta, jest pełne nowoczesnych budynków, świateł i bilbordów. Wzdłuż szerokich, zatłoczonych ulic znajdziemy szereg sklepów i restauracji, ogromne centra handlowe i galerie sztuki. Siam Square przeniesie Was na moment do innej rzeczywistości, spojrzycie na niego od strony luksusu, nowobogactwa i dynamicznie rozwijającego się przemysłu. Dodatkową atrakcją podczas pobytu w dystrykcie Pathum Wan mogą być odwiedziny w MBK – ogromnym, ośmio-piętrowym centrum zakupowym. Z doświadczenia wiem, że MBK uzależnia i niechcący (lub chcący, hehe) można spędzić tam przynajmniej połowę dnia. W galerii znajduje się ponad dwa tysiące sklepów (!) handlujących odzieżą, elektroniką i pamiątkami. Na najwyższym piętrze znajduje się centrum rozrywkowe z kinem, salonami gry i częścią restauracyjną. W galerii jest kilka „normalnych” sklepów i butików, jednak znaczna większość to stragany wypchane do granic ciuchami, w tym podróbkami topowych marek luksusowych.

Siam Square

Pozostając jeszcze na chwilę w temacie kultowych miejsc, nie sposób nie wspomnieć o historycznej dzielnicy Rattanakosin, będącej kulturalnym sercem Bangkoku. To właśnie w tym dystrykcie odwiedziliśmy Wat Pho – Świątynie Leżącego Buddy, o czym przeczytacie poniżej oraz podziwialiśmy (niestety tylko z zewnątrz) Wielki Pałac. Najbardziej popularną ulicą w tym obszarze jest niezaprzeczalnie Khao San, której nazwę tłumaczy się jako „zmielony ryż”. Stanowi ona największą bazę noclegową w Bangkoku i to tam najczęściej turyści zaczynają swoją przygodę z tym miastem. Można stąd złapać autobusy do wszystkich głównych destynacji w Tajlandii oraz do państw sąsiadujących. Z racji, że ulica stanowi getto dla wszystkich odwiedzających Bangkok, stanowi jedną z większych, imprezowych dzielnic. Także i my trafiliśmy na Khao San, jednak wcale nie w celu imprezowania, czy szukania miejsca do spania. Na popularną ulicę wybraliśmy się aby….nauczyć się gotować! To przeżycie, które jeszcze bardziej rozpaliło naszą miłość do tajskiej kuchni i zdecydowanie zasługuje na opisanie w oddzielnym poście.

Khao San
Lekcje gotowania w szkole May Keidee

Sporo wrażeń dostarczyła nam także przechadzka po dzielnicy Chinatown. Bez względu na to, czy wybierzecie się tam w dzień, czy w nocy, zastaną Was tam tłumy turystów i handlarzy, sprzedających dosłownie wszystko. Gwar, przepych i hałas to jednak w tym mieście żadna nowość. Chinatown urzekło nas jednak radością, zabawą i kolorem, szczególnie z uwagi na fakt, że zwiedzaliśmy je podczas Festiwalu Wegetarian, znanym także jako Nine Emperor Gods Festival związanym z dziewiątym miesiącem księżycowym według chińskiego kalendarza. Pobyt w Chinatown to także okazja na odwiedzenie dwóch pięknych świątyń – Wat Mangkon Kamalawat, czy Wat Traimit z największym na świecie posągiem Buddy, wykonanym w całości ze złota.

Chinatown
Wat Traimit
Wat Mangkon Kamalawat

Skoro już mowa o świątyniach, warto wiedzieć, że w samym Bangkoku znajduje się ich około 400. Oczywiście nie sposób zobaczyć je wszystkie, jednak uważam, że odwiedzenie choć kilku z nich stanowi wspaniałe doświadczenie. Oprócz wspomnianych wcześniej świątyń w Chinatown chcieliśmy zobaczyć jeszcze dwa spektakularne miejsca – Wat Phra i Wat Arun. Aby do nich dotrzeć wykupiliśmy krótki rejs kanałami ubogiej dzielnicy Thonburi, który sam w sobie był już ciekawą atrakcją. Wat Phra (bądź Wat Pho) to najstarsza świątynia w Bangkoku i największa budowla sakralna w całej Tajlandii. W świątyni znajduje się czterdziesto sześcio metrowy, pozłacany Budda, a wnętrze miejsca bogate jest w wykwintne zdobienia. Mimo, że to Wat Phra jest najpotężniejszą wśród świątyń, osobiście bardziej urzekła mnie świątynia znajdująca się po drugiej stronie brzegu rzeki- Wat Arun. Kompleks składa się z jednej wielkiej oraz czterech mniejszych wież zdobionych tłuczoną chińską porcelaną. Wejścia do świątyni strzegą dwaj strażnicy – giganci, a cały teren otaczają zadbana roślinność. Niezależnie od pory dnia, widok na świątynie zapiera dech w piersiach i zapisuje się na długo w pamięci.

Rejs po kanałach Thonburi
Wat Phra i Leżący Budda
Wat Phra
Wat Arun
Wat Arun

Mimo, że nasz pobyt w Bangkoku był bardzo krótki, wystarczył nam, by stwierdzić, że to miasto zachwyca, ale niekiedy budzi w nas także mieszane uczucia. Jest pełne barw, radości, luzu, ale także trudnych do zaakceptowania kontrastów. To z jednej strony głębokie, duchowe doznania, a z drugiej przepych i nieokiełznany chaos. Ubogie mieszkania kontra ociekające złotem świątynie. Slumsy i budynki w ruinie, a w tle drapacze chmur i ekskluzywne hotele. Tradycja przemieszana z nowoczesnym stylem bycia i bujnym życiem nocnym. Głęboka wiara w dobre uczynki i skromne życie versus rozpusta i kwitnąca seksturystyka. Jest coś w tym mieście jednak tajemniczego i przyciągającego, że pomimo wielu wad i sprzeczności chce się do niego wracać.

za fotografie dziękuję mężowi Olkowi <3


Daj znać, jeśli podobał Ci się wpis!

2 myśli na temat “Bangkok w pięć dni – mój osobisty plan zwiedzania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *