Lato na opak, czyli jak wyglądały moje islandzkie wakacje

Pierwszy dzień lata przypada na Islandii każdego roku między 19 a 25 kwietnia. Sumardagurinn fyrsti to święto ustawowo wolne od pracy, obchodzone niezwykle radośnie przez wszystkich mieszkańców wyspy. Tego dnia odbywają się liczne wydarzenia kulturalne, koncerty, festyny, pokazy i zabawy na świeżym powietrzu. Islandczycy pozdrawiają się hasłem: „Gleðilegt sumar!” – „Szczęśliwego lata!”, podczas, gdy zwykle w tym czasie ulice wciąż obficie zasypane są śniegiem.
Na Islandię przybyliśmy zaledwie kilka dni po oficjalnym rozpoczęciu tej radosnej pory roku. Odziani w zimowe kurtki i czapki zastanawialiśmy się, czy aby na pewno nikt nie robi sobie z nas żartów. W Reykjaviku było wtedy jakieś sześć stopni, a facebook uprzedzał mnie o nadchodzących opadach śniegu. Znajoma uspakajała, zapewniając, że lato na Islandii jest naprawdę piękne, a w samym słońcu bywa nawet upalnie. Aktualnie jest wrzesień i myślę sobie, że jeszcze nikt mnie tak dotkliwie nie oszukał.🙃

Po kilku dniach spędzonych w Reykjaviku wyjechaliśmy na południe wyspy. Wiedziałam, że pogoda przy wybrzeżu jest zwykle bardziej kapryśna, więc po tym, co zobaczyłam w stolicy spodziewałam się najgorszego. Podczas naszego pierwszego, godzinnego spaceru po okolicy pogoda przywitała nas najpierw słońcem, później wiatrem, deszczem, a na końcu gradem. Byłam więcej niż zawiedziona, jednak nie poddając się, cierpliwie czekałam na obiecane ciepłe dni. Założyliśmy sobie, że jak tylko trafimy na słoneczny dzień, od razu będziemy wychodzić na zewnątrz. Zwykle bywało jednak, że zanim ubraliśmy kurtki i buty, pogoda diametralnie się zmieniała, a czyste niebo zamieniało się w wielką, ciemną chmurę. Niejeden spacer wiązał się z przemoczonym ubraniem, niejedna wycieczka z bólem głowy od gwiżdżącego w uszach wiatru. Czego jednak miałam spodziewać się po miejscu, które z jednej strony atakuje sztorm znad oceanu, a z drugiej zimny, północny wiatr ochładzany przez czapę lodowca. Jedno było pewne – o lecie, jakie do tej pory znałam, muszę czym prędzej zapomnieć.

Na Islandii nie ma co się łudzić, że szczęśliwie trafimy na cudowną pogodę, rodem ze zdjęć z broszurek biur podróży, czy influencerek z instagrama. Jeśli się tu wybierasz, zaopatrz się wcześniej w ciepłą kurtkę, nieprzemakalne buty i bieliznę termoaktywną nawet, jeśli w planach masz tylko spacer po Reykjaviku. Przyda się też czapka, szalik i podręczna kurtka „sztormówka” na wypadek niespodziewanej ulewy. Jako, że pogoda zmienia się tu jak w kalejdoskopie, grunt to być ubranym warstwowo, „na cebulę”. Weź też porządne okulary przeciwsłoneczne – jak już wyjrzy słońce, potrafi być naprawdę oślepiające. Resztę swoich modnych ciuchów zachowaj na wakacje pod palmą. W tym miejscu liczy się wygoda i przygotowanie na dosłownie każde warunki pogodowe. Dodatkową „atrakcją” są dni polarne, które występują od maja do końca sierpnia. Białe noce mają swoje plusy i minusy. Dzięki nim można udać się na nocne eksplorowanie wyspy, unikając tłumu turystów. Niestety mogą być też nie lada udręką dla osób, które mają problem z zasypianiem. Ciemna roleta i opaska na oczy powinny jednak rozwiązać sprawę.

Pomimo chwiejnego klimatu, Islandia to nadal według mnie jedno z najpiękniejszych miejsc na Ziemi. Latem bywają dni, które w mgnieniu oka zamieniają depresyjne pustkowie w wyśnioną krainę. Zielona trawa, puszysty mech, fioletowe pola łubinu, nieskazitelnie czyste powietrze. Wielokolorowe pasma górskie, zachwycające światło-cienie, ośnieżone, mieniące się szczyty, potężne wodospady i urocze potoki. Beztrosko szwędające się owce, rozmaite gatunki ptactwa, w tym słynne maskonury, które oblegają oceaniczne klify. I mimo szalejącego w tej chwili za oknem wiatru i stukającego o szyby deszczu, mam nadzieję, że właśnie taki obraz islandzkiego lata zapisze się na stałe w mojej pamięci.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *