3 myśli, które miałam w głowie przed wyprowadzką z kraju

Wyjazd z kraju błąkał się po naszych głowach od wielu lat. Każdego roku, kiedy temat powracał, zawsze znajdowaliśmy jakieś „ale”. Lata mijały, a my wciąż braliśmy życie takim jakie było, cały czas czując, że nie do końca jesteśmy z tego zadowoleni, że czegoś nam do szczęścia jednak brakuje. Jestem daleka od tego, by mówić tu o wadach naszego kraju, wytykać błędy systemu i lamentować nad tym, czego Polska nie była nam w stanie zaoferować . Każdy z nas ma zupełnie różne potrzeby i oczekiwania od życia, jedni się dostosują, a drudzy zawsze będą szukać ucieczki ku „lepszemu” życiu. Pod koniec zeszłego roku przyszedł czas podsumowań i noworocznych planów. Powiedzieliśmy sobie, że teraz albo nigdy. Podjęcie decyzji było szybkie i bezbolesne, jednak im bliżej wyjazdu, tym coraz więcej myśli kotłowało się w głowie.

co ja właściwie robię

Krótko przed wywróceniem życia do góry nogami pojawia się pytanie co najmniej śmieszne, a jednocześnie całkiem słuszne. Kiedy wypowiedzenie leżało już na biurku prezesa, a ja właśnie zakupiłam bilet lotniczy, wiedziałam, że nie ma odwrotu i muszę ponieść konsekwencje swej szalonej decyzji. Ogarnęła mnie okropna fala konsternacji, która mieszała w głowie i próbowała uświadamiać, że to, co miałam dotychczas nie było takie złe, być może nie potrafiłam po prostu tego docenić. Rozpoczęłam więc uskuteczniać auto-chłostę, potępiając swoje nieprzemyślane zachowanie i powtarzając sobie znienawidzone hasło: „jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B”.

a co, jak się nie uda?

Moja noga jeszcze dobrze nie stanęła na obcym lądzie, jednak ja zdążyłam już ułożyć tysiące scenariuszy zwiastujących niepowodzenie misji. Trudne pytania spędzały mi sen z powiek, a ja moim dołującym nastrojem zarażałam wszystkich dookoła.
„A może się nie nadaję do tej pracy?” – w końcu dwa lata przesiedziałam w biurze, praca fizyczna może mnie wykończyć. „A może się nie dogadam w obcym języku?” – O tak, z pewnością nie wykrztuszę z siebie ani słowa po angielsku. „A może nas oszukają i wrócimy z torbami?” – Miliony ludzi wyjeżdża, ale to miałoby przydarzyć się właśnie mnie. „Teraz Islandia, ale co dalej?” – Jeszcze dobrze nie zaczęłam pracy, ale już czym prędzej muszę to „zaskedżulować”! Co począć. Narzekanie i czarnowidztwo wyssałam chyba z mlekiem matki.

pani z biura myje gary

W Polsce byłam „Panią od fejsbuka”, czyli social media ninją w dziale marketingu jednej z marek branży fashion. Uwielbiałam to, że codziennie uczyłam się czegoś nowego, sama planowałam i organizowałam sobie dzień pełen kreatywnej pracy. Wiedziałam jednak, że wyjazd z kraju w celach zarobkowych wiąże się z pożegnaniem ciepłej, biurowej posadki na rzecz nie do końca satysfakcjonującej, fizycznej pracy. Tak mniej więcej wyglądają początki. Wyobraźcie sobie ten ogrom motywacji i przedwyjazdowego szczęścia z wizją wykonywania pracy poniżej kwalifikacji zawodowych i zaprzepaszczenia dotychczas zdobytego doświadczenia.

Z perspektywy czasu mogę przyznać, że tego typu zmartwienia są totalnie bezsensowne, zafundują Ci jedynie porządną dawkę stresu i niepotrzebnych napięć. Dopóki nie spróbujesz, nigdy nie dowiesz się, czy podejmowane decyzje są tak naprawdę słuszne. Moja rada? W walce z dołującymi myślami, z pewnością przyda Ci się spora dawka dystansu i umiejętność chowania dumy do kieszeni. Przypomnij sobie, jaki jest Twój cel oraz uświadom, że ta pozornie nic nie znacząca praca, może otworzyć przed Tobą wiele nowych dróg i dać znacznie więcej niż Ci się wydaje. A o tym, co zyskałam dzięki temu doświadczeniu, z pewnością jeszcze napiszę 🙂

całuski,

M.

iceland

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *